Złote kolce, czyli minimum sprzętu maksimum efektów


autor: Paweł Czapiewski


Na Halowe Mistrzostwa Europy jechałem jako jeden z faworytów. Do srebrnego medalu oczywiście Andre Bucher to był taki ówczesny Adam Kszczot – wygrywał wszystko jak leci, często z ogromną przewagą. No i pół roku wcześniej został mistrzem świata, a w całym sezonie przegrał chyba tylko jeden bieg. Ja jednak w głowie miałem nie tę jego imponującą serię, ale fakt, że na 5 dni przed rozpoczęciem mistrzostw, na mityngu w Lievin Bucher wrzucił mi półtorej sekundy. Niby ustanowiłem nowy rekord Polski (1:46,52) ale to jednak w porównaniu z jego 1:45,04 była różnica klas.

W pokoju mieszkałem z Markiem Plawgo. Marek robił wtedy za następcę Ireny Szewińskiej (że podobna skala talentu i wielka światowa kariera na horyzoncie), ale był także głównym faworytem do wygrania czterystu metrów. Jeszcze przed rozpoczęciem zawodów ustaliliśmy plan minimum dla naszego pokoju (trochę dla jaj, a w moim przypadku trochę dla dodania sobie animuszu), czyli trzy złote medale (bo Marek jeszcze w sztafecie 4x400m biegł). Ogłaszaliśmy to wszem i wobec i trochę nam się w niektórych przypadkach oberwało – że taka ważna, docelowa impreza a my tacy minimaliści .

No ale do rzeczy…

Dzień pierwszy na takich imprezach to teoretycznie spacer, a praktycznie wielka nerwówa. Bo nigdy tak do końca nie wiadomo jak to jest z tą dyspozycją. A mi na dodatek od rana gardło zaczęło brzęczeć i jakiś stan podgorączkowy miałem. Na szczęście poszło gładko, co można zobaczyć tutaj :

 

Marek też gładko awansował, choć nie był to dla niego szczęśliwy dzień. Bo wziął i zgubił kolce 🙂 Rezerwowych nie miał, gorączkowe telefony do sponsora sprzętowego nic nie dały, więc musiał skorzystać z tego, że jednak trochę farta miał. Bo kolega z pokoju, czyli ja, używał identycznego modelu o dokładnie takim samym rozmiarze Decyzja była więc oczywista – biegamy w jednych butach
Logistykę doskonale ogarniał nasz reprezentacyjny doktor, pan Marek Prorok. Jako lekarz reprezentacji mógł się poruszać swobodnie po całym obiekcie i to dzięki niemu 5 minut po tym jak Maras mijał linię mety, ja już mogłem rozgrzewkowe przebieżki w swoich kolcach robić
I tak, już w jednych butach, obaj swoje półfinały gładko przeszliśmy. Mój do obejrzenia tutaj :

 

 

Dzień finałowy to od rana powinna być straszna nerwówa. I tak było do momentu aż Marek mi na moim komputerze pobił rekord skoczni na Słowenii. Pamiętacie grę w Małysza ? Wtedy to był szał i wszyscy w to grali. Pamiętam, że Słowenia to była największa i najbardziej prestiżowa skocznia (tam się jakieś trzysta metrów latało) i trochę mi kolega na ambicję wjechał. No i na dobrą godzinę pochłonęło mnie to skakanie. Rekordu chyba nie pobiłem (dziś już nie pamiętam), a z transu wyrwało mnie pukanie do drzwi. To trener po mnie przyszedł. Całe szczęście bieganie to nie skoki narciarskie i w trzy minuty byłem gotowy do wyjścia . Nieprofesjonalne podejście – powiecie. A ja myślę, że na dobre mi to klikanie wyszło, bo przynajmniej nie myślałem co mnie czeka. A takie myślenie, możecie mi wierzyć, to żadna przyjemność .

Finał za sprawą Andre Buchera był szalony. Cała szóstka zawodników pobiegła szybciej od rekordu mistrzostw Europy. Ja dziś pamiętam nie tę szaloną radość po wbiegnięciu na metę, ale moje potworne zdziwienie gdy zobaczyłem, jaki wynik uzyskałem. Trzeci rezultat w historii światowej LA, złamane 1:45… Nawet czterysta metrów na Słowenii to byłby przy tym pikuś . Całe też szczęście, że pan Marek Prorok czuwał, bo z tego wszystkiego zapomniałem, że Maras butów na sztafetę potrzebuje . Buty dotarły, chłopaki zdobyli złoty medal i tym sposobem plan minimum został osiągnięty . Do tego dołożyliśmy dwa rekordy Polski i dwa rekordy mistrzostw Europy (mój rekord mistrzostw trzyma się do dziś, Marek zaś ciągle dzierży rekord Polski). Sami przyznacie, że niezły bilans .
A finał można zobaczyć tutaj :

 

 

Co do biegu jeszcze i tego mojego pościgu. Jakiś czas potem ukazała się w Przeglądzie Sportowym analiza tego finału. Okazało się, że ja wszystkie osiem setek pobiegłem równo po 13,1s. Bucher ostatnią pokonał w 14,7. Czyli to nie ja go dogoniłem, a on na mnie poczekał .

Do naszych trzech złotych medali czwarty dorzucił Marcin Urbaś na 200m i były to najlepsze HME dla Polski od wielu lat. Dla mnie i dla Marka najbardziej zwariowane .

I tak na koniec dalszy ciąg historii tych butów, zadający kłam teorii, że to nie kolce biegają a zawodnik. Pół roku później, podczas mistrzostw Europy w Monachium Marek biegał 400m i szło mu jak po grudzie. Wszedł co prawda do finału, ale twierdził, że to jednak nie to. Podjął jedyną logiczną decyzję zwracając się do mnie o pożyczenie kolców (to były te same). Pełen obaw się zgodziłem (bo rzeczywiście słabo wyglądał) i chyba zrobiłem błąd. Marek przybiegł w finale czwarty. Ja dzień później miałem finał 800m. No jakbym nie kombinował, wychodziło mi, że nie mam prawa być dalej jak trzeci. Zgadnijcie, który byłem ?

A buty, jak widzicie na zdjęciu, mam do dziś .

 

Paweł Czapiewski “czapi”

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Jedna myśl o “Złote kolce, czyli minimum sprzętu maksimum efektów

  1. Golem Odpowiedz

    Ze łzami w oczach oglądałem te mistrzostwa. Zarówno “Czapi” jak i Plawgo byli moimi idolami….. Cóż. teraz z “Kudłatym” razem podejmujemy trud biegania ….to pchając wózek z Zuzią….niebawem maratonik w garniturze…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *